Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różne. Pokaż wszystkie posty

26 maja 2017

Kolega z pracy

Wyobraźta sobie, że przed wami stoi człowiek nie chudy jak patyk, ale chudy jak szkielet. Zero tkanki mięśniowej i tłuszczowej, a ubrania na nim wiszą jak na wieszaku. Dodajcie do tego twarz przypominającą chudego szympansa z czołem jak u neandertalczyka. A na twarzy ciągle ten sam wzrok pełen niewiedzy, co się wokół dzieje i ta sama mina, wyrażająca absolutnie nic.
A jego głos to połączony Czesio z "Włatców Móch" i Fuzzy z Muppetów... Wypisz, wymaluj mój Kolega z Pracy.
Jeśli jednak wam trudno se go wyobrazić, to możecie spojrzeć na Tigera Bonzo a potem na piłkarza Diego Godina i jakoś to połączyć.


A teraz jedziem.

AKT I: sRockman
1. Pierwszego dnia Tiger pochwalił się, że gra na gitarze, śpiewa w zespole, a nawet pisze teksty. Zapytałem co grają. Odpowiedział: "czy znam coś takiego jak Dżem", a jak dodał, że grają też "różną metalikę" to mi się od razu sarkazm jakiś włączył. "A którą konkretnie? Heavy Metalike, Thrash Metalike, Swedish Melodic Death Pagan Metalike?". On tylko na to swoje przeciągłe "nooooo". I nic więcej.
2. Potem wielki rockman powiedział, że lubi Piotra Kupichę, Ewę Farmę i inne wyroby rockopolo. Potem nawet dodał, że discopolo też jest fajne i idzie ich melodie łatwo zagrać na gitarze (ohmyfuckinggod)
3. Pochwalił się jak jego gitara elektryczna wygląda. Spoglądam na zdjęcie w jego telefonie. "Fajna, nie?". A moim oczom się ukazał czarno-biały Stagg i odpowiedziałem mu: "Widzę, że też kupiłeś w muzycznym Mikołowie" ;p
Coś też wspominał koledze A, że rzecz kosztowała 1500 złociszy. Tja...
4. Na przerwie śniadaniowej rzucił nazwę swojego bandu. PROKURATURA. Chyba jakoś udało mi się powstrzymać wyplucie napoju, który właśnie piłem. Zapytałem czy kogoś skazują (ale nie, że na słuchanie ich muzyki - tu się powstrzymałem xD). Odpowiedział mi:
- Nooooo, mamy basistę, perkusistę, klawiszowca...
- Klawiszowca... tylko wam plumka z tyłu czy daje jakieś solówki?
- Nooooo...
- A to spoko. Solówki na klawiszach w Symphony X były całkiem niezłe.
Długie milczenie zwiastowało koniec rozmowy.
5. Robię z nim na cięciu, radyjo nam napierdziela same szlagry z Antyradia. Zaczynam podpuszczać rockmana i znafcem. O Queen zna i "We Will Rock You", bo se podgłośnił. Leci "Break Free", "Bicycle", "Another One Bites the Dust" - nie podgłaśnia. Zapytałem czy kojarzy zespół. Odpowiada, że nie. Wielkie oczy jak mu powiedziałem, że to też Queen. Potem było już tylko gorzej. Maiden nie zna, Red Hotów nie zna, Zeppelinów nie zna, Purpli nie zna, Sabbath nie zna... Metalikę zna, ale tylko "Nothing Else Matters"...
6. Usłyszałem jak podśpiewywał "Kawałek podłogi". Ofkors, są ludzie którzy brzmią inaczej jak śpiewają... Tiger z pracy do nich nie należy. Mam traumę.

AKT II: Szacun na dzielni
A wiecie, że Tiger ma znajomości? I to z naprawdę znanymi osobistościami! Dowiedziałem się tego jednak od kolegi A. Podpowiem, że kolega A jest trochę naiwny i łatwo mu wcisnąć kit. Ale nie ważne, oto czego udało mi się dowiedzieć:
1. Bonzo podobno grywał z zespołem Verba (po wyguglaniu wyszło, że to nie zespół, a jakieś dwa pseudo-rapery). Według członków owego "bandu" Bonzo ma dobry głos i chcieliby, żeby do nich dołączył jako trzeci śpiewający.
2. Chwalił się nam któregoś dnia, że grał z nimi na koncercie 10.04.2017 w Spodku i że są zdjęcia na Fejsbuku. Bonzo zaczął się trochę pocić, gdy wyciągnąłem telefon. Co zrozumiałe. Ostatni występ tegoż "zespołu" (duet to nie zespół) owszem był w Kato, ale nie w Spodku, a w Skarbku i odbył się 24 lutego. 10 kwietnia na ich fanpejdżu FB nie było właściwie żadnych postów, jak trafiłem na foty ze Skarbka, to żadnej znajomej twarzy na scenie nie widziałem.
3. Tiger ma podobno numer do samej Ewy Farmy! Chciała z nim chodzić nawet! Jednakowoż Bonzo się nie zgodził, bo potem by musiał udzielać mnóstwa wywiadów.
4. Bonzo jeździ bez biletu. Tu niby do Kato, tam do Gliwic. Chwalił mi się, że dzięki orzeczeniu o lekkiej niepełnosprawności, może jeździć za darmo. Jednakże innym razem mówi mi kolega A, że Bonzo jednak jeździ na gapę. Na pytanie "a co jak cię kanary złapią", odpowiedział że pójdzie na komendę, tam ma kumpli policjantów i oni mu anulują mandata. Ale po pierwsze: co policja ma do tego? A po drugie i ważniejsze: czy to czasem nie podchodzi pod jakiś paragraf?
5. Tiger z pracy jest groźniejszy niż Tiger z internetów. Ma pozwolenie na broń...
Chociaż nie skończył szkoły policyjnej...
I nie przechodził żadnych badań...
I nie był nawet na strzelnicy...


AKT III: Pracownik miesiąca
1. Nim zacząłem staż w Firmie przyszedłem z CV. Pogadanka, pokazano mi trochu co i jak, a potem kazano przyjść, gdy załatwię wszystko z pośredniakiem. Zeszło mi na tym parę dni i się nalatałem trochu.
Z Tigerem Bonzo było podobnie. Tylko zamiast załatwiać rzeczy z pośredniakiem i przyjść kiedy mu się ten staż zacznie, to przyłaził CODZIENNIE przez jakieś DWA-TRZY TYGODNIE i robił całe OSIEM GODZIN. ZA DARMO. Nigdy tych pieniędzy nie zobaczy.
Już wtedy do mnie dotarło, że coś z nim jest nie teges - bo mu, kurna tłumaczę jak dziecku, żeby nie przyłaził do Firmy, tylko leciał do pośredniaka se wszystko załatwiać. Jego przeciągłe "noooooo" mi powiedziało, że dużo zrozumiał...
2. Zaczął robotę oficjalnie. Nie powiedział nikomu, że choróbsko jakieś go wzięło. Robi z Łukaszem i kaś przed przerwą, wziął i zemdlał. Jak odzyskał przytomność gadał Łukaszowi, żeby nie mówić szefostwu... ale po lekkim przymuszeniu sam poszedł powiedzieć. Szef zawiózł Tigera do domu i nie było go przez tydzień. Jak wrócił, zapytałem go czy był na L4. Usłyszałem tylko "noooo". Jak byłem w biurze podpisać obecność, zobaczyłem jego kartkę (przyznaję się - zapuściłem żurawia), a tam pierwsze dni wypisane przez szefostwo dużymi literami: "WOLNE". Cóż, kolega się zdziwi jak mu coś się nie będzie zgadzać...
3. Robię z nim na cięciu, zastępując Łukasza. Nagle zachciało mi się lać. Proponuję Tigerowi szybką naukę cięcia. Pokazuję co i jak metodą "na przedszkolaka" (trochę z trudem, bo pęcherz zaraz mi pęknie), ale myślę, że załapał. Dobra, jestem w kiblu. Maszyna jest głośna, więc raczej usłyszę jakiekolwiek wbicie. Usłyszałem wbicie dopiero jak stanąłem obok Kolegi.
No dobra, na początku mało kto wie jak to robić porządnie... ale czemu kolega A po dokładnie takiej samej instrukcji, za pierwszym razem wbił w minutę dziesięć sztuk i nic nie zepsuł? IDK. W każdym razie Tiger w późniejszym czasie, już z Łukaszem, nadal trochę wbijał i nadal zbyt powoli. Nie mam mu tego za złe. Nie nadaje się do tej maszyny i tyle. Ale czemu do jasnej cholery chwalił się A, że potrafi robić na tej maszynie?


4. One of my favorite. "Pracuje" ze mną przy drukarce i razu pewnego mnie pyta:
- Myślisz, czy mógłbym kiedyś spróbować drukować?. Szczerze i bez złośliwości odpowiedziałem:
- Nie mam z tym problemu, ale raczej musiałbyś szefostwa spytać.
Zapytał więc prezesa, a prezes dosyć długo drapał się po brodzie.
- No, dobra. Możesz spróbować. Powiedział.
Staje więc nasz Kolega pod maszyną, bierze trochę sztuk z paczki i przygotowuje je do druku. Ja w tym czasie czytałem zlecenia i nagle zaskakuje mnie krzyk prezesa:
- E! Pierwsze ostrzeżenie! Do góry nogami to kładziesz!
Spoglądam... faktycznie.
Zaczynamy tłumaczyć jak to nasz Bonzo ma robić. A robota to prosta, wyuczenie się to kwestia paru minut i nie trzeba przy tym jakiejś głębszej filozofii (tylko z myciem i ustawianiem trzeba się trochę pomęczyć) - wystarczy poczucie rytmu. Włączamy mu drukarę, prezes mówi: "trzy zdupione i koniec". Tiger zaczyna puszczać. Zamiast poczekać chwilę i wyczuć rytm... ten sru. Od razu leci pierwszy, drugi, trzeci kartonik. Mówiąc najkrócej i nawiązując do określenia prezesa: wszystkie trzy zdupił. Pierwszemu kartonikowi obraz wyszedł z lewej strony materiału, drugiemu z prawej, zaś trzeciemu obraz wyszedł w całości... ale nie był wyśrodkowany. Wszystkie do wyrzucenia. Potem Tiger chwalił się koledze A, że jeden dobrze wydrukował...
Btw. Najlepsza była mina Bonzo jak puszczał i jego ruchy jakby drukarka mu wciągała całą rękę xD


5. Nie byłoby dnia, w którym trzeba mu przypomnieć jak co ma robić. Z najprostszymi zadaniami miał i nadal ma problemy. Z równym układaniem i po ile paczek. Wiedział jak układamy na trzy, a po Wielkanocy znowu robi to źle. Z obieraniem odpadu grzebał się jak żółw. Zamiast rwać jak mu pokazywałem (i Łukasz, prezes, wiceprezes, dostawca też) to iskał to jak kota... tja... mówisz "obieraj po 15 sztuk", a potem widzisz, że próbuje po sztuk 30... a czasem nawet obierał po jednej. Nie patrzył na licznik, potem to pieprznął byle jak na paletę i zadowolony. Raz jak widziałem jego tempo, to specjalnie użyłem swoich umiejętności aktorskich (a aktor ze mnie marny) i rzekłem: "ale maszyna się wlecze, trochę przyspieszę", po czym udawałem, że grzebię przy pokrętle. Ruszył jak z kopyta xD
6.Wybaczcie brak chronologii, ale to działo się gdzieś z początku jego kariery. Tak z dwa-trzy tygodnie jego pracy. Anyway, se drukuję. Widzę, że przylazł Tiger. Może coś będzie chciał od prezesa. Niiii... podchodzi do mnie. Mówi mi, że mam pomóc z wyrzucaniem ścinek. I se poszedł. Myślę sobie: "a to pewnie będę robił z Łukaszem, bo nie chcą przemęczać kolegi, po tym jak mu się zemdlało".
Prezes: co chciał?
Ja: niby mam pomóc ze ścinkami.
Prezes: ok, to idź. Chociaż kolega powinien mi o tym wspomnieć.
Więc idę w stronę wyjścia z budynku, a po drodze natykam się na wiceszefa.
Wice: co tam? Ja: Bonzo mi powiedział, że mam pomóc ze ścinkami... Wiceszefa dosłownie w tym momencie zatkało. Po chwili na jednym wydechu wyrzucił: "miał zawołać [drugiego] Dawida, żeby im auto podstawił".
Drugi Dawid to nasz kierowca dostawczaka...
I przysiągłbym, że mu się Dawid przedstawił...

AKT IV: Miszcz Innych Rzeczów
1. Z kolegi jest jakieś dziwne zwierzę stadne. Wiecznie się trzyma osoby, której "pomaga". Najpierw trzymał się z Łukaszem, wiecznie za nim łażąc. Razu pewnego ciąłem i w którymś momencie musiałem iść zapytać szefa co robić dalej. Tigerek nawet nie był w połowie obierania, rzucił materiał i rzekł "idę z Tobą!". Ja do niego grzecznie, bez bluzgów: "robotę masz do skończenia". Co równie dobrze i równie chamsko zastąpiło swojskie "spie***".
Teraz trzyma się kolegi A. Jego też to powoli zaczyna wnerwiać.
2. Śniadanko i inne takie tam bzdury. Opowiada nam Łukasz historię o tym, że jakaś patola mocno obiła jego kumpla. Widać było po Łukaszu, że był mocno przejęty. Swoją wypowiedź dokończył mniej więcej tymi słowami: "lekarz mi powiedział, że dobrze, że szybko trafił do szpitala, bo trzeba było szyć. Inaczej by się wykrwawił...".
Milczenie było ponure i nikt nie wiedział co powiedzieć... co chyba jest zrozumiałe przy takich opowieściach, prawda?
A tu nagle nasz Tiger Bonzo po jakichś trzech sekundach kompletnej ciszy tym swoim Czesio-Fuzzy głosem:
"I już by go nie było na tym świecie". Po czym popił herbatę z termosa w kwiatki.
Jezusiechrystusieznazaretu... to było tak absolutnie zbędne i tak niezręczne, że normalnie chyba ręce mi wtedy opadły. Do tego poczułem się jakbym był w "The Room", a Kolega to nikt inny jak sam Tommy Wiseau...
3. Poniedziałek. Łukasz po chorobowym dzwoni do prezesa co ma ciąć. Ja tam nie wiem co mam drukować, to pomogę w poszukiwaniach. Szybko znaleźliśmy materiał, ale okazuje się, że na wybranej palecie stoi druga paleta z czymś innym. I tak stoimy we trzech: ja, Łukasz i Bonzo. Postanawiamy żeby na razie nie zrzucać tego materiału z wierchu, tylko poszukać czy czasem gdzieś nie ma luzem tego konkretnego. Nie znalazłem i Łukasz nie znalazł. Za to Bonzo wyskakuje, że "tam jest, ale stoi na niej druga paleta". Równocześnie z Łukaszem powiedzieliśmy: "Wiemy, kuhwa, wiemy"... czy jakoś tak.
4. Drukuję sobie na spokojnie. Jest już z grubo dziesięć minut po przerwie i zjawia się w końcu Bonzo. Tunelo-piec wyłączony, nic nie trzeba zgrzewać. Myślę sobie: "będzie odkładał na paletę to co druknę". I tak patrzę... patrzę... a ten podchodzi do tunelu i go włącza!
Mało tego! Od razu wpuszcza paczkę, a piec musi się najpierw rozgrzać do 170 stopni Celsjusza, co trochę trwa. Na szczęście zjawił się prezes. Od razu załamanym głosem czemu tunel chodzi i facepalmy... a potem na szybko wymyślanie co by tu zgrzewać, bo nie opłacało się wyłączać... w międzyczasie wyszła paczka, którą Bonzo puścił wcześniej. Folia wyglądała jakby ją pies pomiętolił. Bohater naszej opowieści widział jak to wygląda - sztuki prawie wylatują, nic się nie trzyma kupy, a i tak położył to na palecie, którą potem bierą na pakę dostawczaka. Oko prezesa widzi, że to tak nie może iść do klienta. Tłumaczy więc Tigerowi i poleca żeby puścić to jeszcze raz przez tunel. Niestety do kolegi dotarło jakieś 50% wypowiedzi i zamiast na nowo nawinąć pakę na folię, od razu chciał ją wpuścić w tunel... gdyby prezes mu nie stał nad głową, to chyba byśmy mieli ognisko...
5. Rozumiem, gdy ktoś nie kmini słowa po angielsku, ale chyba nawet tacy ludzie, chociażby z reklam albo z ust znajomych słyszą jak się wypowiada nazwy konkretnych produktów. Nie wiem więc jakim cudem bohater naszej opowieści wymawia "Lion" albo "Tiger", tak jak się je pisze...
Żeby nie było, typowo polskie słowa też kaleczy wymową, i tak oto mamy coś takiego jak: "cukernia"... nie wiem też jaki problem ze spolszczonymi "czipsami", które to każdy wie jak wymówić... a tutaj nagle słyszę dziwnie zaakcentowane "CIPsy". Jeszcze coś? A chwalił się, że jego siostra jedzie na [TERAZ CZYTAJCIE TAK JAK SIĘ PISZE] Dep Purple [!]. Matkoboska co za rockman, normalnie.

Inne ciekawostki:
1. Zrezygnował z pracy w cukerni, bo za mało mu płacili. 200 złotych dziennie.
2. Widział joggingujących ludzi w ulewie. Tak, w ulewie. Pewnie jeszcze ci ludzie byli w czepku i okularach pływackich.
3. Ma kumpli metali, którzy słuchają i lubią discopolo.
4. Pizza w Bravie jest dobra. Miesiąc później jednak nie jest...

Mądre dialogi:
-Ustawiasz kreski?
-Nie. Wał się ustawia do kresek...

27 września 2016

Nowy port Oddworld: Munch Oddysee!

No więc po sześciu latach Oddworld: Munch Oddysee doczekał się nowego portu na PC. Dlaczemu? A bo poprzedni z 2010 roku był karuzelą bugów i dryfującą dechą na wzmąconej tafli stabilności. Tym razem do wykonania zadania wzięto studio Square One (nie mylić ze Square Enix), które już portowało Muncha, ale na iOS i Androida.

Zacznijmy od tego, że S1 musiało zacząć pisanie portu kompletnie od nowa (z najpierwsiejszego xklocka), bo w kilku grzecznych słowach na forach powiedziano, że w starych plikach jest zbyt duży burdel.

No dobra, biere lupe i pacze co sie zmienyło.
Przy uruchamianiu ni ma launchera z ustawieniami. No dobra, tamten oferował tylko zmianę rozdzielczości i włączalnosć AA, więc mała strata. Ale, żeby potem nie było możliwości zmiany czegokolwiek? Trochę niefajne. Plusem jednakże jest sześćdziesiąt efpeesów na laptopie-antyku!

Grafika na pewno wygląda lepiej. Tekstury podłoża są ostrzejsze, woda błyszczy shaderami (i jej tekstura nie skacze jak drzewiej bywało), postacie mają szczegółowe cienie... tylko miałem wrażenie, że niebo wygląda gorzej. Niestety w wielu miejscach nie widać jakichś większych zmian. Nie wiadomo, czy twórcy zdecydują się na HD update jaki był na PS3. Tam ingerencja w modele, czy inne assetsy była dużo większa. Na pewno lepszy jest support panoramicznych rozdzielczości - teraz dałem radę pograć w 16:9 bez kaleczenia oczu porozciąganymi menusami...
Trochę szkoda, że nie udało się twórcom dać wyrenderowanych cut-scenek w wyższej jakości.

Bugi, bugi, bugi. Na pewno jest ich mniej i nie doświadczyłem żadnych crashy. Np. w starym porcie każda próba wejścia w Steam Overlay kończyła się widokiem pulpitu. Narażało to na utratę przyjaźni i marudzenie dziewczyny, gdy nie odpisywałem. To jeszcze można było przeżyć (smsy) - bardziej wnerwiające były crashe przy nadużywaniu quick load. W grze były takie fragmenty, których nie da się przejść za pierwszym razem, "dzięki" dziwnej mechanice poruszania się i skakania (w recenzji wyjaśniałem osohozi). Tego już chyba nikt nie zmieni...

Sterowanie natomiast znacząco przerobiono. Poprzednio myszka była zbędna i wszystko można było robić na klawiaturze. Teraz kamera - przy używaniu myszy - obraca się porządnie, a nie jak słoń w kisielu. No i atak oraz specjala przypisano pod przyciski gryzonia. Zdziwionym był ino kaj sie podziały przyciski od biegania i skradania. A tu okazuje się, że z walk na run, lub sneak przełączamy się kółkiem.
Niestety dalej nikt nie wpadł by oddzielić przycisk akcji od skoku, bo nadal dochodzi do sytuacji, w których głupio podskakujemy zamiast pociągnąć dźwignię, czy inne wsio. Tam, gdzie atak byłoby bardziej odpowiednio, dobrze myślę?

No i na koniec da się zauważy... znaczy usłyszeć poprawę dźwięku. Jest nie tylko lepsza jakość, ale i częstotliwość odzywek wrogów została zmniejszona. Przynajmniej odniosłem takie wrażenie, bo nie dostawałem szajby.

Więc jak?
Jest lepij. Dużo lepij. Tak lepij, że można grać komfortowo. Ja jeszcze bawiłem się w becie, ale Steam powinien teraz ściągać nową wersję. Jeśli jesteście odważni, zawsze można (w ustawieniach platformy Valve) przełączyć się na port oryginalny.


27 stycznia 2016

Gdy już nie ma w co grać #2 Android Edition

Dawno, dawno temu w naszej galaktyce, napisałem takiego teksta, którego już nie pamiętają nawet najstarsi entowie. Był to zbiór dobrych (mym zdaniem) flashówek, w które można było pograć na jakiejś nudnej lekcji (link). Ostatnio grając se w gry na tablecie, czy innym smartfonie wpadłem na myśl: "a może bym tak zrobił drugi wpis, ale z gierkami na Androida"? No to robię.

Jednak uwaga! Przedstawione tutaj produkcje to darmówki z mikrotransakcjami. Jaki wpływ mają na gameplay, wytłumaczę przy każdym tytule. Więc zaczynam.



Plants vs Zombies 2

Zapewne wielu z was grało, albo kojarzy pierwszą część... która też od pewnego czasu jest dostępna jako f2p na urządzenia mobilne. Ja tu jednak skupię się na "dwójce", która od początku była frituplejem. Miało to też być na komputry, ale ni widu ni słychu. Anyway PvZ2 z drobnymi zmianami to nadal ten sam tower defense, który znamy i lubimy. Jeśli ktoś przespał ostatnie parę lat, już tłumaczę o co chodzi. W grze PopCapu musimy obronić nasz dom przed powoli zbliżającą się hordą zombiaków, a bronimy się w sposób dość nietypowy - za pomocą roślinek.

Rozgrywka pozostała bez zmian. Nadal musimy sadzić rośliny na jednej z pięciu linii i nadal najważniejsze jest by zaopatrywać się w słońce, które to pozwoli nam na stawianie kolejnych roślin.

Urozmaicenia zaczynają się w designie. Fabularnie przenosimy się w czasie, więc do walki przystaniemy w różnych epokach. Tak więc trafimy do starożytnego egiptu, na piracką łajbę, czy do dalekiej przyszłości. Każdy świat to nie tylko zmiana estetyczna, bo trafiają się urozmaicenia na planszy (np. wagoniki na dzikim zachodzie, w których można posadzić planta, a potem zmieniać linię), a także różnego rodzaju specjalni truposze, którzy swoim zachowaniem potrafią utrudnić rozgrywkę (np. taki Wizard potrafi przemienić naszą armię w bezużyteczne owce).

Absolutnym nowum w porównaniu do "jedynki" to możliwość użycia trzech power-upów. Można zatem zaserwować truposzom: zamrażające śnieżki, porażenie prądem i - moje ulubione - pchnięcie.
Inna nowość to zbieranie po niektórych poległych oponentach plant food. Ów jedzonko... albo może nawóz... po zaaplikowaniu go np. roślince atakującej, daje jej buffa i wtedy wykonuje superhiperzajebisty atak specjalny - zwykle rozpirzający linię wrogów.
Trochę przerobiono ogród. Teraz nie służy tylko do mnożenia kasy, ale też do tego by rośliny miały "plantfoodowy" buff na jeden poziom. Gdy gracz tylko postawi taką roślinę, ta zaraz wykona swój superhiperzajebisty ruch. Haczyk? Sadzonki wypadają raz na jakiś czas i jeszcze rosną w czasie rzeczywistym.
Warto jeszcze wspomnieć o Pinata Party - czyli codziennym wyzwaniu, w którym zdobędziemy trochę pieniędzy (waluta słabsza), diamentów (waluta grubsza), dodatkowych power-upów, lub ubrań dla naszych elementów obrony.

Jak się ma sprawa z mikrotransakcjami? Za prawdziwe pieniądze kupimy paczki z obiema walutami, lub najbardziej przekozaczone planty (nowe i parę z "jedynki"). Parę roślin da się też zdobyć za diamenty, ale mimo wszystko da się bez nich obejść, gdyż ponieważ iż azaliż, przełażąc światy da się zgarnąć pokaźny zestaw.

Gorąco polecam. Chociaż trzeba poświęcić prawie 700mb w pamięci urządzenia.



Gems of War

Fani Puzzle Questa, baaaaaaczność! Po utracie praw do marki, twórcy wracają z lekko zmienioną nazwą (z Infinity Inc na InfinityPlus2) i dla nowego wydawcy (505 Games) zrobili ten oto tytuł. Gems nie próbuje stworzyć koła na nowo i nie błądzi jak ostatnie PQ robione dla D3 (patrz: Marvel i Adventure Time). Najbliżej tytułowi do oryginała z 2009 roku.

Jest ktoś znowu przespał parę lat i nie kojarzy o co cho, to służę pomocą (a kto wie, niech pominie ten akapit). PQ był klonem Bejeweled (czyli gry typu "ułóż trzy, lub więcej kulek w jednej linii, by zdobyć jak najwięcej punktów") lecz z prostymi elementami RPG. W tym przypadku przekładanie kulek było walkami na tury z przeciwnikiem, a także mini-gierkami choćby w craftowanie przedmiotów. Pomysł prosty, a genialny, a gracze (w tym ja) cierpieli na syndrom "jeszcze jednej potyczki". W największym skrócie PQ osiągnął ogromny sukces i został przeportowany chyba na wszystkie konsole, włącznie z tymi, których najmniej się możecie spodziewać (czytaj PS2).

W Gems nie mamy epickiej fabuły z ratowaniem smoka i zabijaniem księżniczki. Jako zwykły podróżnik napotykamy w różnych królestwach, na różne postaci, mające różne problemy. I im pomagamy. Walcząc. Zasady walki są tutaj trochę inksze. Najlepiej jeśli mamy czteropostaciową drużynę. Kto pierwszy w hierarchii, ten atakuje pierwszego wroga po przeciwnej stronie. Następny żołnierz przejmuje pałeczkę, gdy pierwszy padnie. I tak to działa w obie strony. Każda jednostka ma swoje punkty życia, armor, siłę ataku i specjalizację do dwóch kolorów many. Mana to zaś kulki walające się na polu walki. Uzbieranie odpowiedniej ilości pozwoli konkretnej postaci na odpalenie czaru/umiejętności specjalnej. Gdy już można użyć, to można użyć w dowolnym momencie, bez potrzeby dawania umrzeć temu bohaterowi wyżej. Za zwykłe atakowanie wrogów służą zaś klasyczne czachy.

Czarów/ataków jest zaś tyle ile trooperów i mogą dawać różne efekty. Przykłady. Snajperzy, lub łucznicy potrafią uderzyć wybranego wroga, ale mój ulubieniec Owlbear po uderzeniu delikwenta nie tylko zabiera mu życie, ale minusuje o dwa punkty jego atak. Ktoś może zadać true damage (pomija armor i wali od razu w HP), ktoś inny może podleczyć naszą ferajnę. Wiele żołnierzy ma też wpływ na pole walki - np. niszczą rząd, kolumnę, wybrany obszar, albo zabierają wszystkie kulki jednego koloru, by - chociażby - wzmocnić swój atak.
Ważne jest tez to jak ustawiamy jednostki w dream team. Mając - dajmy na to - dwóch gościów korzystających z zielonej many, to układając kulki tego koloru, będą one najpierw napływać na konto tego wyżej.

Zapomniałem wspomnieć o tym, że ułożenie kulek/czach więcej niż trzy, czyli cztery daje nam dodatkową turę i trochę złota. Za pięć czach zadamy cios krytyczny, a za jakikolwiek jeden kolor jest zwiększona szansa na Mana Surge, czyli szybsze podładowanie many.

Co my tu jeszcze mamy? A musimy odblokowywać królestwa i je levelować, by dostawać codziennie złota. Za złoto wylewelujemy królestwa, kupimy klucze do skrzynek (zdobędziemy w nich m.in. nowych żołnierzy), albo dołożymy się do zadania gildyjnego (też lepsze nagrody). W grze znajdziemy też twardszą walutę w postaci diamentów (a i tak za starter packi chcą złotówki), za które to se możemy kupić lepsze kluczyki, czy inną zbroję nie dla kunia. Gdzieś tam jeszcze walają się Soulsy, za które wyekspimy naszych żołnierzów.

A teraz trzymajcie się krzeseł, czy tego na czym tam klęczycie. Otóż gra ma PvP! Tylko na tej zasadzie jak w Plemionach: ktoś cię najedzie, gdy cię nie ma w grze i możesz się zemścić. Możesz też kogoś najechać, gdy go nie ma w grze, ale wtedy on się może zemścić.
I gdy kogoś tak pokonujemy, dostajemy lepszy rank, a im lepszy, tym więcej dostajemy Glory, a za to możemy kupić Soulsy, Treasure Map (dostęp do mini-gierki bez wrogów, ale za to dużo złota idzie zgarnąć), albo jeszcze inny klucz do skrzynki.

Największym problemem jest brak trybu offline. Gra stale wymaga włączonego neta i ledwie malutki zanik sygnału, a już wywala komunikat, że połączenia nie ma. Zatem trzeba siedzieć pół metra od routera, żeby pograć komfortowo. Drobna ironia.

Btw. gra jest też dostępna na PS4, X-None i Steamie.



Temple Run 2

Nie chce mi się grzebać w historii tego gatunku (bo na pewno coś było wcześniej), ale to wszystko wina tej gry (a konkretnie "jedynki"). To przez TR mamy wysyp runnerów. Czy to 2D, 3D, czy to z Sack Boyem, Raymanem, Soniciem, Ratchetem + Clanckiem, Larą Croft, Spider-Manem, czy innym pierdołami z leśnego (albo wulkanicznego) pipidowa.

Mój powrót do drugiej części (po iluś miesiącach) pokazał, że król może być tylko jeden i nic ciekawszego w tym gatunku już nikt nie wymyślił.

W największym skrócie: nasz bohatyrowicz z automatu biegnie przed siebie, a gracz musi unikać przeszkód. Trza to robić miziając palcem po ekranie (skoki, ślizgi, skręty w lewo i prawo) i bujać całym telefonem/tabletem. Po drodze zbieramy jeszcze power-upy i monety, za które potem możemy kupić ulepszenia, czy inne postaci.

TR2 potrafi mnie wnerwić, gdy zdarza mi się, że rąbnę gdzieś w najmniej spodziewanym momencie. Jednakże coś sprawiało, że powtarzałem rozgrywkę jeszcze kilka razy. Jest w tym jakaś przyjemność i hipnotyzujące uczucie pędu, które narasta z każdym metrem.
Gra przy tym do działania nie potrzebuje internetów, nie ma żadnego systemu ograniczającego czas grania, a o mikrotransakcjach wiem tylko, że gdzieś tam są.



Fallout Shelter

Paradoks. Najmniej zabugowana gra Bethesdy w historii. Mały dodatek promujący Fallouta 4, a okazuje się nawet bardziej interesujący. Mamy tu zabawę w zarządzanie własnym schronem i mozolne zbieranie kapsli, za które to budujemy kolejne pomieszczenia. Do odpowiedniego życia naszych Dwellerów jest potrzebna elektryczność, żywność i wodność. Bez jedzenia i picia ludki będą się gorzej czuć, a bez prądu produkcja może iść w kiepskim tempie. Do tego trzeba zapychać pomieszczenia Dwellerami, żeby szybciej zbierać zasoby. Masz za mało mieszkańców? Wyślij do Living Quarter babę i chłopa na rozmnażanie. Jak przesadzisz z ludnością, będzie potrzeba więcej wody i żarełka, a co za tym idzie - więcej pomieszczeń za nie odpowiedzialnych. Im więcej tym większe zużycie prądu. I tak w kółko, aż w końcu uda nam się uzyskać balans.

Warto też coś wiedzieć o Dwellerach, bo każdego precyzują punkty S.P.E.C.I.A.L.
Ten silny bardziej przyspieszy produkcję prądu, ten zręczny jedzenia, a ten percepcyjny wody. Nie masz takich? No to możesz postawić pomieszczenia treningowe. Strzelnicę dla poprawy celności, bar dla zwiększenia charyzmy i inne takie (warto wiedzieć: trening odbywa się w czasie rzeczywistym). Gdy masz takiego ludka wytrenowanego na 10 ze wszystkiego (lub nie) możesz go wysłać na Zniszczone nie niemieckie Landy - czy inne Pustkowie. Znajdzie tam fajne ubrania, zwiększające statystyki naszych poddanych, oraz tą... no... broń, o! A taka broń się przyda do obrony, jak z ziemii wyjdą Radrołcze i Mułraty, a do drzwi zapukają Rajdowcy i GłucheSzpony... czy jak im tam było.
A jak już się takie złe rzeczy wydarzyły, to trza mieć szpital do wytwarzania Stimpaków. I ten drugi budynek, gdzie będą powstawać RadAwaye, bo może się zdarzyć, że jakiś gościu może łyknąć dawkę promieniowania.

W FS można grać offline i NAPRAWDĘ można się obejść bez mikrotransakcji. Ktoś niby twierdził inaczej [KTOŚ - SKASOWANO], ale starając się trochę i wykonując dodatkowe objectivsy, bez problemu da się zgarnąć dużo Lunchboxów. Ba, ja mam dwóch Mr. Handy (wyręczają gracza w zbieraniu zasobów, a na wejstlendach zbierają kapsle) i parę zwierzaków (dodatkowy perk dla Dwellera). Ino cierpliwości przy tym trza.



Tap Titans

W końcu jakaś bardziej angażująca gra w tym zestawieniu... ŻART!
Jeśli kojarzycie te wszystkie klikacze na Steamie, chcieliście w któryś zagrać, ale baliście się, że rozwalicie sobie myszkę - oto gra dla was. Czemu? Bo ekranu dotykowego szybko nie rozwalicie ciągłym tapaniem. Wiem, bo próbowałem.

Tak samo jak z Temple Runem, w Tap Titans też można dać odpocząć szarym komórkom. Główne założenie to po prostu jak najszybsze zapacanie pojawiających się wrogów. Jednak każdy nastepny potworek robi się coraz silniejszy. Zatem gracz musi lewelować swojego blondasa, odblokowywać kolejne aktywne skille, wynajmować do pomocy kolejnych przydupasów (ich też trza wylewelować i odblokowywać ich skille).

Grać można bez internetów, ale będąc online można wziąć udział w turniejach, za co da się dostać Weapon Upgrade'y dla przydupasów (większa siła ataku) i specjalne punkty, których odpowiednia ilość odblokuje nam nowe elementy garderoby (np. hełm +5% do siły).

Gdy dojdzie się już tam, gdzie walka toczy się jak żółw - trzeba se zaliczyć Prestige. Niby zaczynamy od początku, ale zatrzymujemy zdobyte przedmioty i jeszcze za to dostajemy pewną ilość reliktów. Za nie kupujemy i/lub lewelujemy artefakty, a to dodaje kolejne bonusy, jak np. krótszy cooldown, albo większe kryty.

Jedyne co może denerwować - gdy gra się online - to wyskakujące co jakiś czas na środku ekranu reklamy. Pacasz w te potworki jak opętany, a tu ten cały advertisment i otwiera się Google Play…



Cut the Rope (seria)

No to teraz coś, co rozrusza zakurzone trybiki w głowie. Osobiście uwielbiam serię i jak chcecie możecie wypróbować całą serię zupełnie za darmo. Jeśli reklamy zaczną być wkurzające, warto wyłączyć wifi.

Główne założenie gry polega na tym by nakarmić zielonego Om Noma cukierkiem i zebrać przy tym trzy gwiazdki dla wyższego wyniku punktowego. Na początku robimy to prostym przecięciem liny, a potem dochodzi do tego zaawansowana fizyka, liczne pułapki, bardziej rozrośnięte poziomy i pomocne bajery do przemieszczenia cuksa.

Każda gra różni się też pewnymi założeniami. W Time Travel nasz bohater przenosi się w czasie i spotyka swoich przodków/potomków. Cukierki są dwa i żeby zaliczyć poziom trzeba nakarmić oba Om Nomy. W Cut the Rope 2 gracz dostaje do pomocy parę innych stworków np. latającego - może złapać cukierka by gdzieś go przenieść - albo takiego z długim jęzorem, który może nim zrobić niby-most nad przepaścią. Zaś w Cut the Rope Magic (na screenie) Zielony sam potrafi się zmieniać w różne zwierzęta.

Zabawy jest przy tym mnóstwo. Owszem, wkurzającej, gdy silnik fizyczny popsuje nasze zamiary, ale nie da się opisać tej satysfakcji, gdy już przejdzie się poziom. Naprawdę polecam wypróbować wszystkie gry z serii... no może z wyjątkiem Experiments, bo tamtejszy system energii jest pomysłem wziętym z innej galaktyki.



Magic Rampage

Dobrych darmowych platformerów na Androida nikt nie chce robić. Plamę na honorze zmywa ta oto produkcja. Skromny tytuł (grafika, animacja, budowa poziomów), ale grywalny jak cholera. Dobrym pomysłem było dodanie prostych elementów RPG - w tym przypadku wymiana broni, lub zbroi zmienia nasze statystyki. Do tego można ulepszać sprzęt za pomocą znalezionych run.

Rozgrywka to zaś klasyczne bieganie, skakanie, unikanie pułapek, odnajdywanie sekretów, zbieranie znajdziek i rozwalenie napotkanych potworków. Zainteresowanych walką muszę rozczarować - nie jest za specjalnie rozbudowana. W zależności od oręża jakiego mamy w łapie, nasza postać rzuca nim przed siebie. Taka, a nie inna mechanika przydaje się jednak, w naciskaniu niektórych przycisków i pozwala zaliczyć headshota. A headshot wiadomo - instant kill i +5 do zajebistości na dzielni.

MR jest też trochę nieskończone. Zakończenie aktu trzeciego i creditsy po nim mogłyby sugerować, że będzie sequel. Twórcy jednak zdecydowali się, żeby dodać akt czwarty i gra jest co jakiś czas apdejtowana nowym poziomem. Idzie to powoli, ale z czasem może doczekamy się kolejnych aktów - zwłaszcza, że fabuła wydaje się trochę zbyt poszatkowana.

Mikrotransakcje są. Za prawdziwą forsę można kupić nieprawdziwą forsę w grze. Oczywiście można się bez tego obyć, a złoto szybko da się uzbierać sprzedając zbędne klamoty. Reklam nie ma, da się grać offline... więc ściągać i nie gadać!

7 maja 2015

Takie tam refleksje o wirtualnych karciankach

Z klasycznymi grami karcianymi jakoś nigdy nie było mi po drodze. Pojedynki w wojnę nużyły mi się po pięciu minutach, a w pokery i inne brydże nie umiem, bo nie mam żyłki hazardzisty. Natomiast o Trading Card Game'ach dowiedziałem się mając w końcu dwucyfrową ilość lat. Było to tekst o Magic: The Gathering w śp. magazynie Click! Mimo zachęcającej opinii trudno wtedy było dostać całą talię, a cena dla kilkulatka wydawała się naprawdę zaporowa. I wyszło jak wyszło - do teraz nie zaznajomiłem się z Magic.

Trochę później mając rok więcej dowiedziałem się, że niektóre firmy praktykują odtwarzanie swoich TCG w wersji wirtualnej. Konkretnie to wiedzę tą przekazał mi jakiś numer śp. Play z pełną wersją - uwaga, złapcie się - Pokemon Play It TCG. Serio, było coś takiego, jeszcze od twórców Magica - Wizards of the Coast.


Zdjęcior

No, a jak się prezentował ten produkt? Na sam start byliśmy witani przez Julie - paskudnie wyglądającą, paskudnie animowaną, paskudnie irytującą żeńską wersję Asha. Najgorsze, że musieliśmy ją słuchać, bo była naszym instruktorem. Zasad raczej nie przytoczę, bo po prostu ich nie pamiętam.

Kampania (sobie dla żartu tak to nazwę) stawiała przed nami około dwudzieścia poziomów podzielonych na podstawowe i zaawansowane tutoriale. Tylko ostatni stage był klasycznym pojedynkiem ze sztuczną inteligencją. W produkcji mieliśmy możliwość budowania własnej talii i jej zapisywania, co nie miało najmniejszego sensu - gra nie miała w ogóle multi. Własnego zestawu kart nie dało też się używać do pojedynku w ostatnim levelu. Można było skorzystać tylko z gotowców. Wspomnę, że SI zawsze wybierało zestaw, który miał przewagę nad tym co my wybraliśmy (np. ja ogień, ono wodę). Dało się oszukać oszusta - po kliknięciu jeszcze raz na gotowca, którym chcieliśmy zagrać, SI zmieniało deck. I tak parę razy i sami mogliśmy oszukać.

Tak więc - brak multi, brak wyzwań dodatkowych, budowa decków dla samej budowy. Po co więc powstała ta gra? Jedyna rozsądna odpowiedź: jako trening przed rozgrywką w realu... tudzież Auchan.


Prawdziwy boom na TCG - przynajmniej w mojej okolicy - nadszedł, gdy Polsat zaczął puszczać anime "Yu-Gi-Oh" (a CN "Duel Masters", które jaj nie urywało). Muszę przyznać, że to właśnie dzięki temu serialowi zacząłem się interesować odrobinę bardziej grami karcianymi. W każdym bądź razie zacząłem z kolegami grywać. Na początku własnoręcznie zrobionymi kartami xD i bez znajomości zasad, bo tych serial jakoś nigdy jasno nie wyjaśnił (albo może to wina kiepskiego tłumaczenia i dubbingu). Potem na jakimś odpuście, czy innym festynie udało mi się znaleźć starter deck za jakieś 5-10 złotych. Zasady udało mi się poznać dzięki ogromnemu wysypowi adaptacji wirtualnych - między innymi na GameBoya Advance. Oprócz zwykłych karcianek (które wielu zganiało już nie pamiętam za co, ale stawiam na bugi) był jRPGowaty (x), w który zdarzyło mi się trochę pograć.
Daleko nie zaszedłem, bo jak to zdarza mi się w dżapańskich tytułach - utknąłem w trybie eksploracyjnym, bo za cholerę nie wiedziałem gdzie iść i co zrobić.

W 2003 roku ktoś z zarządu Konami postanowił wydać cztery gry z Yugim na PC zatytułowane "Yu-Gi-Oh! Power of Chaos". Zaskoczenie me było z serii: "aha, ok". Co śmieszne i tak zagrałem w jedną, czy dwie, żeby wyrobić sobie zdanie. Ale jako, że ponieważ iż azaliż nikt tego w naszym kraju nie rozprowadzał, miałem je z niezbyt legalnego źródła - ściągnięte przez znajomego (te czasy, gdy nie miałem internetu w domu) w fatalnym ripie. No dobrze - jak się prezentowała pierwsza część ("Yugi the Destiny"), w którą pograłem najwięcej? Yyyyy... no tak jak większość gier z Yugim na GBA.. czyli tak średnio. Design kart taki jaki kojarzyłem z mangi/anime/gdzieśtamjeszcze. Jest spoko. Ale ten stół... kompletnie nie zrozumiałej wizji artystycznej grafików. Kolorystyka niezbyt zachęcająca, badziewna tekstura i co chwilę wyskakujące napisy z durną czcionką. Udźwiękowienie jest dobre... połowicznie. Podobać się może angielski dubbing (w jednej grze narratorem jest Yugi, a w dwóch kolejnych Kaiba oraz Joey) i muzyka w tle... po chwili jednak okazuje się, że odzywki zapętlają się w kółko i zaczynają wkurw... irytować. Właściwie nie wiem po co muszę słuchać za każdym razem informacji, że Yugi wyłożył kartę, czy skończył swoją turę. Bolesne, bo po skończeniu tutoriala można grać tylko offline. Plusem za to jest możliwość grania własnym deckiem, rozwijanym poprzez karty zdobywane po wygraniu pojedynku. Gry miały też funcję zapisywania powtórek, ale odtwarzanie działało tylko w grze... co się dziwić skoro produkcje powstały zanim zaczęła się era YouTube'a.


Osobny akapit poświęcę czwartej grze na PC, w którą na szczęście nie grałem. Yu-Gi-Oh Online. Jak sama nazwa wskazuje był to produkt zorientowany na rozgrywki sieciowe. Teraz jest już martwy. I nie dziwota - design graficzny nadal do dupy, a żeby wziąć udział w pojedynku trzeba było zapłacić jakimiś tokenami (czy innym gównem), które dostawaliśmy tylko za prawdziwą kasę...
Rly? Naprawdę nigdy wcześniej i nigdy później nie spotkałem się z tym żeby w produkcji online zorientowanej na walki/pojedynki płacić by grać. Witamy w czasach zalążków modelu pay2play.

Jakiś czas potem odkryłem Kingdom Hearts: Chains of Memories na GBA (pamiętajcie - emulowanie jest be!). Trochę smutne, że przez przypadek. Ale tam nie rozprawiajmy na temat błędów mojej młodości. KH:COM stanowi fabularny pomost pomiędzy "jedynką", a "dwójką" i różni się od nich tym, że mamy tutaj hybrydę jRPGa, gry akcji i karcianki. Starcia odbywają się na arenach, a system walki polega na kartach. Tak, wszystkie wymachy Keybladem, czary, summony występują pod postacią kart. Zasady były banalne przez co starcia nie traciły na dynamice. Każda karta ma wartość od 0 do 9. Gdy przeciwnikowi zdarzyło się użyć równego lub silniejszego carda, nasz atak był wtedy zablokowany. Gracz mógł wtedy wziąć do trzech wirtualnych kartoników i połączyć je w jedno wysokie combo. Pomiędzy starciami gracz - oprócz skakania po platformach i otwierania drzwi innym rodzajem kart - mógł też rozbudowywać sobie kilka talii. W sam raz by zmienić sobie tuż przed przekoksowanym bossem.

Btw. Wprawdzie gra startowała na GBA, ale została zremasterowana na PS2 (kto zdobędzie w tej wersji może się czuć jakby upolował Czupakabrę) oraz PS3 (cały pakiet 1.5 HD Remix). Przy tym remake ów został stworzony od podstaw w środowisku trójwymiarowym, muzyką w wyższej jakości i częściowym dubbingiem. Ja tam polecam.


Gdy któregoś roku zaczęły wychodzić wirtualne edycje Magica, jakiś taki boom się zrobił na karcianki. Z najmroczniejszych zakamarków powyłaziły m.in. Hearthstone'y czy inne Scroolsy. A w dodatku większość tych produkcji oparta jest na modelu f2p.

Naszło mnie tak jakoś na karcianki i swoją eskapadę po takich grach zacząłem od fejsbukowego Yu-Gi-Oh BAM, którego włączyłem ze względu na nostalgię. Jak grałem to ręce mi opadły tak z parę razy, bo farmwilowe zużywanie energii i zasady okrojone, że czułem się jakbym grał bardziej w wariację wojny. Po kilku rundach zapomniałem o tym tytule.

Potem postanowiłem sprawdzić dlaczego małolaty sikają na myśl o Hearthstone. Chociaż grało się całkiem fajnie, nie umiałem się przekonać i chyba nadal tak się nie stanie. Mają na to wpływ takie czynniki jak to, że z uniwersum Warcrafta jest mi nie po drodze, Blizzard mnie do siebie stopniowo zniechęcał, no i ten hajp na tego Hearthstone'a jakby to był dziewiąty, czy dziesiąty cud świata... zdecydowanie to chyba nie dla mnie.

Na dzień dzisiejszy już nie szukam żadnej karcianki. Znalazłem tytuł, który spełnił moje hipsterskie oczekiwania. Wprawdzie natrafiłem na jeszcze parę tytułów, które mógłbym sprawdzić, ale jednak to Infinity Wars najbardziej mnie zainteresowało.

Właściwie tekst, który macie przed oczami, zaczynał jako wstęp do recenzji IW, ale tak się rozpisałem, że postanowiłem to przekształcić w osobny artykuł. W każdym bądź razie wędrując wspomnieniami uświadomiłem sobie, że lubię karcianki... kurde, chyba nie mogę tak powspominać kreskówek, bo jeszcze wyjdzie, że lubię Flintstonów...

Btw. nie lubię. Listy z pogróżkami możecie wysyłać do mojego pieseła.

Btw2. a recenzja będzie. Już za moment, już za chwilę.

30 września 2014

Prince of Persia: Kindred Blades


Zaraz, ale jak to? Tytuł na okładce (roboczy) mówi "Prince of Persia 3", a przecież jest trzecia część trylogii i nazywa się "The Two Thrones". Czymże jest "Kindred Blades?"

W 2005 roku projekt był już w zaawansowanym stopniu ukończenia. Był pokazany zwiastun i gameplay na E3, wiadomo też było co nieco o fabule. A potem nagle Ubi, bez żadnego wyjaśnienia wprowadza nagłe zmiany i gra staje się tym co mamy - czyli The Two Thrones. Do podobnych sytuacji w tej branży już dochodziło jak na przykład z Half-Life 2. Valve zostało zmuszone do przemodelowania masy poziomów w swojej produkcji, ale tam powód był oczywisty - zhackowano i wykradziono kod. W przypadku Ubi i KB mogło chodzić o testy mechanizmów - co mogłoby i nie mogłoby się sprawdzić.


Po lewej jedna ze złych decyzji Ubisoftu.

Fabuła w KB miała się prezentować w następujący sposób: Książę wraca z Kaileeną do Babilonu, a tam zastaje wojnę. Skądś to znamy, prawda? Ale patrzcie teraz: Princ zostaje pojmany, a Kaileena by go uratować poświęca swoje życie i co za tym idzie - dochodzi do stworzenia Piasków Czasu. Tak więc bohater zostaje zbiegiem, którego celem jest oczyszczenie swojego imienia.

To co znalazło się z bety (KB) w wersji finalnej (TTT) to Speed Kille, rydwany, Dark Prince i jego walka łańcuchem oraz manipulacja czasem. To co zmieniono to kolorystyka, która miała być chłodniejsza i klimatem przypominać Warrior Within (Książę miał nawet paradować w podobnej zbroi). Brutalność starć miała jednak zostać stonowana - z wrogów miało się lać tylko trochę krwi. Odcinanie kończyn, dekapitacja, przecinanie na pół miało zniknąć. Jak przyjrzeć się to w The Two Thrones posoki leje się jeszcze mniej.

Ciekawe było to, że twórcy chcieli dać graczom możliwość przemiany w Mrocznego Prince'a w dowolnym momencie. Wystarczyłoby tylko wziąć pochodnię, rzucić ją na ziemię i wejść w rozchodzący się ogień. Na pierwszych conceptach artach (i gameplayu) da się zauważyć, że Darek miałby mieć białe i nie unoszące się w górę włosy. Jako ciekawostkę potraktujmy fakt, że w TTT na komórki od Gameloftu, Mroczny był siwy.

Najciekawiej zapowiadała się obietnica twórców o... otwartym świecie gry (!). Książę mógłby chodzić po ulicy, tunelami, lub wspiąć się po budynku, by biegać po dachach. Gracz byłby przy tym zwierzyną łowną, ale także i łowcą. Dopaść grupę wrogów, nim oni dopadną ciebie... to mogłoby być świetne (dlaczego takie coś zobaczyliśmy dopiero w 2009 roku w Batman: Arkham Asylum?). Czasem zdarzyłyby się fragmenty, w których przeciwników byłoby za dużo i nie pozostałoby nic innego jak uciekać i znaleźć jakąś kryjówkę (takie coś parę lat przed Assassin's Creed). A co wy na to, że to wszystko mogłoby się odbyć w świetle dnia, lub mroku nocy? Tak, w Kindred Blades miał być cykl dobowy. Niestety nie wiadomo czy miałyby być jakieś zadania poboczne, czy jednak tylko krążylibyśmy po mieście wykonując misje główne.

Na zakończenie dodam o zakończeniu. Miały być dwa. Nie wiadomo, czy odblokujemy jedno na zasadzie, że znaleźliśmy wszystkie kapliczki (jak to miało miejsce w Warrior Within), czy tak jak w RPGach będziemy mieli możliwość dokonania wyboru. Tego i wielu innych rzeczy raczej się już nie dowiemy.



Wbrew pozorom screeny nie pochodzą z TTT, a z KB.

1 września 2014

My Favourite: Soundtracki z gier

Lubię oglądać rankingi, co kto lubi w danej kategorii itp... sam chciałem zrobić ranking utworów z gier, które zapadły mi w pamięć, ale niestety jestem beztalenciem w robieniu takich rzeczy, bo wszystko lubię jednakowo xD

Zamiast tego rankingu, postanowiłem zrobić listę... W tej liście uwzględniam muzykę w tle, creditsach, lub menu, także utwory znanych zespołów. Będzie to muzyka, która zapadła MI w pamięć, WAM niekoniecznie.

Lista jest, co jakiś czas uaktualniana.
Nie dałem embedów z YouTube'a, bo ten artykuł długo by się ładował, a niektórym ludziom pewnie by ściął kompa (miewałem podobne sytuacje, na niektórych blogach na Forum Actionum, gdy ktoś nasrał tego w cholerę...), dlatego macie linki. Nie martwcie się... nie wrzucę żadnych screamerów, czy filmów ze striptizem (szkoda, co?)

And now... enjoy

Alan Wake (PC)
Cross that River
On the Run
Mirror Peak
Old Gods of Asgard - "Poet and the Muse" (Niby Old Gods, a tak naprawdę Poets of the Fall)


Anomaly: Warzone Earth (PC)
Baghdad Clouds
Crawlers
Tokyo Battle


Bastion (PC)
Bynn the Breaker (fajny)
Brusher Patrol (fajniejszy)
Spike in Rail (fajny)
Mine, Windbag, Mine (najfajniejszy)
Setting Sail, Coming Home (credit song)


Black (PS2)
Udało mi się znaleźć cały soundtrack w dobrej jakości, większość co ludzie wysyłali na YouTube powodowało krwawienie z uszu.
Main Theme
Sniper Alley
A Bridge Too Close


Braid (PC)
Maenam
Downstream
Romanesca
Tell It By Heart


Call of Juarez (PC)
Act Chase 2
Act Dynamic
Act Dynamic 3


Capsized (PC)
Od samego początku gra kojarzyła mi się z Metroidami na GBA. Czyli jest to taki platformer i strzelanka 2D. Muzyka natomiast... hm... fajna... ale bardzo nie pasująca do gry
Track 1
Track 3


Castlevania: Aria of Sorrow (GBA)
Uwaga! To gra na Gameboya Advance, więc możecie doznać uczucia "ear rape'u" (niższej jakości dźwięki). Jeśli go nie doznacie... spoko... bo to moim zdaniem najlepszy OST, jaki mógł powstać do gry na GBA.
Ruined Castle Corridor
Phantom Palace
Clock Tower


Darksiders (PC)
Empowered
Chaos Eater
Light Combat
Prison Break


Darksiders 2 (PC)
Kurde, jak ta muzyka różni się od tego co można było usłyszeć w pierwszej części! I kurde jak kontrastuje z tym co dzieje się na ekranie... sprawia, że klimat gry jest bardziej... smutno-baśniowy. To musicie sami usłyszeć.
The Corruption (polecam od 2:30)
Guardian Boss (ten spodobał mi się najbardziej)
Plains of Death
Stains of Heresy
Death the Executioner
Swarm


Daxter (PSP)
Pierwsza gra w jaką zagrałem na PSP... i to chyba najlepsza platformówka na tą konsolę...
Haven City Streets
Brewery
Strip Mine
Tanker


Devil May Cry (PS2)
Public Enemy
Statue of Time
Ultra Violet


Devil May Cry 2 (PS2)
DMC2 jest nudny, krótki, łatwy i ma najgorzej poprowadzoną fabułę w całej serii... ale moim zdaniem ma najlepszy soundtrack O_o
Cursed Giant
Faithful Servant
Heads or Tails


Devil May Cry 3 (PS2)
Dante's Office 7 Hells Battle
Divine Hate
Doppelganger
Vergil Battle 1


Devil May Cry 4 (PC)
Podczas walk mamy do czynienia z "ostro-kwaśnym" Industrial Rockiem, a w spokojnych momentach mamy do posłuchania mroczne, klimatyczne dźwięki
Fortuna Castle
Sworn Through Swords (walka z Beliarem)
Lock & Load (Dante theme, dużo lepszy niż to czym męczy nas walka Nero theme)
The Viper (walka z Echidną)
Bianco Angelo
"Shall Never Surrender" nie lubię >:)


Diablo II (PC)
Każdy w Diabolo grał... no prawie każdy. Mnie samemu udało się dojść do trzeciego aktu... jakoś tak bardziej wciągnął mnie Sacred... ale ciiiii...
Wilderness
Tristram
Cave
Jungle


Fable: The Lost Chapters (PC)
Gdybym robił ranking, OST z Fable zajął by drugie, lub pierwsze miejsce. Tak mi się podoba ta muzyka, że często ją wykorzystywałem w swoich filmach....
Bowerstone
Witchwood
Summer Fields


Fallout 2 (PC)
Desert Wind (oprócz pustyni, ten utwór jest także w menu głównym. Do teraz mam ciary, jak to słyszę)
Beyond the Canyon (Arroyo)
All-Clear Signal (Vault City)


Final Fantasy X (PS2)
Hurry!
Underwater Ruins
Enemy Attack
Spira Scenery
Palace of Ordeals (polecam tym, którzy lubią mieć ciarki na plecach. Puśćcie to sobie głośno.)
Luca
Advancers


God of War (PS2)
The Splendor of Athens
Athenian Battle
Save the Oracle Challenge
Battle the Lethal Sirens
Minotaur Boss Battle


God of War II (PS2)
The End Begins
Glory of Sparta
Typhon Mountain
Exploring the Isle
Phoenix Rising


God of War: Chains of Olympus (PSP)
Battle of Attica
Fall of Helios


God of War: Ghost of Sparta (PSP)
Jakie zdanie mam o Chains of Olympus, można wywnioskować z mojego filmu "Zaciemnienie"... jednak z Ghost of Sparta jest inaczej... przy nim Łańcuchy to pikuś... a co do muzyki... użytkownik, który powrzucał największą ilość tracków z tej gry nie nadał im nazw :( (i tak niektóre to remiksy z innych części)
Atlantyda
Sparta (także jako Glory of Sparta w drugiej części)
Walka z automatonami, czy jak im tam było
Deimos Revenge
Caldera


Gothic (PC)
Gothic to taka fajna gra. 80% polaków ją lubi, 20% nienawidzi :). Co do muzyki - genialna i to jak niezauważalnie "przeskakiwała", pomiędzy przejściem do jakiegoś innego miejsca. Kiedyś zaprezentowałem Gothica ojcu (po rodzinnych przetasowaniach). Powiedział, że "spoko gra", ja mu na to: "ale muzyka udała im się wybitnie", a ojciec sarkastycznie "ta jasne". Kolejny raz się nie zrozumieliśmy :P
The Old Camp
Night in the Colony


Gothic II + Noc Kruka (PC)
Jak wyżej... chociaż moim zdaniem OST z G2 i NK jest duuuużo lepszy niż w jedynce
In Game
In Game 2
Obóz piratów
Jarkendar


Half Life 2 (PC)
Wielu ludzi twierdzi, że Valve tworzy świetny soundtrack. Zlinczujcie mnie, ale nie zauważyłem tego... no do czasu :) Nie jestem fanem muzyki techno i pochodnych, może dlatego muzyka nie wpadła mi w ucho od razu, ale (na szczęście) coś tam wpadło po pewnym czasie.
Apprehension and Evasion
Something Secret Steers Us (w HL1 jako "Nuclear Mission Jam").


Half Life 2: Episode One (PC)
W porównaniu do HL2, w EP1 muzyka wpadła mi do ucha już w trakcie pierwszego przechodzenia gry. No może nie pierwsze utwory, wszystko zaczęło się od fragmentu w opuszczonym szpitalu. Stwierdziłem, że "wreszcie coś dla mnie", gdyż usłyszałem coś w klimacie Indurstrial Rocka. Atakujące zombie, martwe zombie na stołach operacyjnych, ciasnota korytarzy, kolejne zombie za winklem i komentarz Alyx:
"What kind of Hospital is This?"


Half Life 2: Episode Two (PC)
Tutaj Valve zachowało się dziwnie, jakby celowali w mój target :) Mimo paru utworów czysto techno podobnych, większość utworów to Industrial Rock. I to całkiem niezły!
Vortal Combat


Halo: Combat Evolved (PC)
Theme
Rock Anthem For Saving The World


Jak 2: Renegade (PS2)
Haven City Guard Pursuit


Jak 3 (PS2)
Jak zapewne niektórzy z was zauważyli, że nie ma osta z "jedynki", a i w "dwójce" jest tylko jeden utwór. No cóż... w pierwszej części utwory nie były porywające, a przy drugiej części usypiałem. Za to "trójka"... no sami widzicie :)
Spargus Arena
Wasteland Run
Monk Temple
Haven City
Stadium Ruins
Dark Maker Finale


Jak and Daxter: The Lost Frontier (PSP)
Galleon Conflict
Sounds Of Fardrop
Ambushed


Jazz Jackrabbit 2 (PC)
To jeden z nielicznych przykładów, gdy moja sister przeszła grę... wiele razy (na easy i kodach... a ja grywałem na hard i bez kodów, więc jestem lepszy, trolololo). W multi to już ze mną grać nie chciała (czemu? Nie dawała rady hardkorowi). Muzyka z JJ2 jakoś musiała mi utknąć w zakamarkach pamięci, bo aż sie zdziwiłem, że pamiętam wiele motywów, mimo tego, że ostatnio grałem w tą grę jakieś dobre parę lat temu... o czym to świadczy? Nie mam pojęcia...
Labolatory Level
Jazz Belmont
Hippie Heaven


Kingdom Hearts (PS2)
Dearly Beloved (temat przewodni każdej gry z serii)
Hollow Bastion
Scherzo Di Notte


Left 4 Dead 2 (PC)
Dead Center Start
Hard Rain Menu Theme
Midnight Ride (utwór fikcyjnego bandu Midnight Riders)
Electric Worry (a to utwór naprawdę istniejącego zespołu Clutch. Song został użyty w reklamie telewizyjnej gry)


Limbo (PC)
Wbrew opinii innych osób Limbo ma muzykę!
City
Gravity Jump


LittleBigPlanet (PSP)
Pomysł ze zrobieniem LBP na PSP był (dla mnie) dziwny, ale po trosze się udał. Nie przepadam za taką muzyką, ale LBP ma takie utwory, których kiczowatość może się podobać... i to bardzo ;). Tylko dla odważnych
Neopolitan Dreams
Spiderbait - Glokenpop
Toy & 6.1
Voodoo Juju (to mój ulubiony, można go słuchać bez obaw o swój gust i zdrowie psychiczne)


Max Payne (PC)
Z tą grą jest tak, że tylko główny motyw wpadł mi w pamięć... zUooo >:)
Theme


Max Payne 2 (PC)
Theme (by Apocalyptica)


Mass Effect (PC)
The Normandy
Battle at Eden Prime
Uncharted Worlds
Therum Battle
Liara's World
The Thorian


Might and Magic: Heroes IV (PC)
A niech będzie. Jak se UbiSoftowi zachciało zmieniać tytuły gier z serii Might and Magic, to niech się wpasuję. W Hirołsy 3 grał każdy... w Hirołsy 4 nie bardzo... OST z H3 nie pamiętam... ostatni raz grałem w 2000 roku. Za to H4 przeszedłem całkiem niedawno... parę lat temu... i jak dobrze pamiętam, to muzyka mnie epicko usypiała :D. No, ale jak to bywa (w tym artykule szczególnie bywa), udało mi się coś "łapnąć". A teraz powinniście wiedzieć, dlaczego lubiłem podróże morskie w tej grze :)
Sea Theme


Might and Magic: Clash of Heroes (PC)
Kurde... po Puzzle Queście żadna gra łącząca układanki i RPG mnie nie wciągnęła, jak ta...
Forests of Irollan
Crisis Time


Monster Hunter Freedom Unite (PSP)
Minegarde Lynians (Scat Cat Fever)
Furious Fire (Volcano Battle)
Endurance Test (Mini Arena Battle)
Forgotten Land (Tower Battle)
Gravimos a Crack in the Earth (Old Volcano Battle)


Need for Speed: Underground 2 (PC, PS2)
Przykład gry, w której wykorzystano utwory, a nie skomponowano własne. W różne NFSy grywałem (jedyne wyścigi, jakie byłem w stanie zagrać) ale to dzięki tej części poznałem Skindred i ucieszyłem się, że dano utwór Helmeta...
Helmet - "Crashing Foreign Cars"
Skindred - "Nobody"
Killradio - "Scavenger"


Neverhood, The (PC)
The Neverhood to przygodówka point'n'click, ale znacznie różniąca się od innych tego typu produkcji. Na pierwszy plan idzie grafika, zrobiona za pomocą gliny (zużyto ponad 3 tony) i animacje zrobione techniką po-klatkową (kto wie ocb w tym, to wie, że to bardzo czasochłonne). Oprócz tego są tony ciekawego humoru, dość trudne zagadki... i muzyka :). W sumie do teraz twierdzę, że przygody Klaymena (główny bohater) to najlepsza przygodówka, w jaką grałem... a może i nawet najlepsza gra, w jaką grałem? Przejdźmy do muzyki. Ta występuje w postaci jazzu/swingu, niekiedy z nieartykułowanym wokalem.
Klaymen's Theme
Neverhood Theme
The Weasel Chase


Oddworld: Stranger's Wrath (PC)
Another Day, Another Fight
Fight For The Native Village
Attract


Orcs Must Die 2 (PC)
Grałem w obie części OMD i właściwie to ulubionych utworów z "jedynki" nie mam po co umieszczać oddzielnie, skoro "dwójce" mamy te same utwory.
Samilton
Lil' Monster
Two Tone Towers
Ogres in Like


Portal (PC)
Self Esteem Fund
Still Alive (credit song - takie to uroczo głupie)


Portal 2 (PC)
OH NOES! Co ja słyszuje! Muzyka w pierwszej części nie była zbyt nachalna i bardzo mi się podobała. Dlaczego więc w dwójce postawiono na coś co brzmi jak muzyka filmowa (yay!) łączona z agresywnym techno/dubstepem (tfu!)? Brzmi to wszystko prawie tak jakby ktoś używał młota pneumatycznego centymetr przed naszą głową. Na szczęście znalazło się parę fajniejszych utworów
An Accent Beyond
The Part Where He Kills You
Want You Gone (kolejny credit song)


Prince of Persia: Sands of Time (PC, PS2)
Z tą grą była historia długa i kręta. Zakochałem się od pierwszego uruchomienia (u kuzyna), a żeby zagrać u siebie musiałem używać emulatora shaderów... to już przeszłość :) Teraz mając lepszego kompa mogę grać bez problemów. Muzyka bardzo mi się podobała. Bardzo lubię egzotykę, a połączona z gitarami elektrycznymi brzmi jeszcze lepiej
Trouble in Barracks
The Royal Baths
Prelude Fight


Prince of Persia: Warrior Within (PC)
Do mrocznego klimatu musiała dojść mroczniejsza muzyka. Na pudełku pisze, że muzykę komponował Godsmack... a psińco! Umieszczone zostały dwa znane utwory zespołu ("I Stand Alone" w wersji instrumentalnej i "Straight Out of Line" w creditsach), a tak naprawdę muzykę skomponował Stuart Chatwood (także do reszty PoPów) z brzmieniem gitar i riffami a'la Godsmack.
Welcome Within
Conflict at the Entrance
Escape the Dahaka
Clash in the Catacombs (best)
Godsmack - "I Stand Alone" (instrumentalny i trochę w kiepskiej jakości)
Godsmack - "Straight Out of Line"


Prince of Persia 2008 (PC)
Healing Ground (nie wiem czemu, ale początek brzmi mi jak muzyka z Fable)
Light Seeds
The Royal Gardens Puzzle


Prince of Persia: The Forgotten Sands (PC)
Właściwie to spodobały mi się dwa tracki w tej grze. W porównaniu do wcześniejszych gier z serii tutaj ten ost jest jakiś bez jaj.
Main Theme
The Fortress Gates


Psychonauts (PC)
Świetna gra... tylko z muzyką nieco gorzej. Te dwa fragmenty bardzo mi się spodobały.
Napoleon's Final Conflict Revisited (przeróbka uwertury Czajkowskiego)
Agent Cruller's Sacred Hall


Puzzle Quest: Challenge of the Warlords (PC)
Czym PQ jest, nie będę tłumaczył. Oprócz walk "na kulki" oraz drobnych elementów RPG, mamy czysto eRPeGową muzykę
Quest Map
Background 4
Background 5
"I'm About to Lose"


Rayman 2: The Great Espace (PC)
O Raymanie mówiłem wiele... tylko o muzyce jakoś tak... mniej. Co warto wiedzieć, o OST z Raya 2? Przez większość utworów przewija się jeden motyw, który na pewno wryje się w pamięć.
Woods of Light
King of the Tensiens
The Machine


Rayman 3: Hoodlum Havoc (PC, PS2)
w trzecim Raymanie, muzyka jest w trochę inkszych klimatach... co nie znaczy, że źle. Powiedziałbym, że jest nawet lepsza niż w poprzedniej części. Fani "stałego fragmentu/motywu" (patrz Rayman 2) nie muszą się martwić, gdyż ten jest w jednej z mini-gierek. Jestem okrutny, więc tutaj go nie dam >:)
Hoodmonger Outpost (theme z Clearleaf Forest)
The Bog of Murk at Night
The Land of the Livid Dead
The Magic Hoodoo (także w creditsach)


Ratchet and Clank: Size Matters (PSP)
Ryllus Temple
Skyboard Challenge (Kalidon)
Challax
Dayni Moon
Inside Clank
Inside Clank 2
Quodrona 2


Resistance: Retribution (PSP)
Obszerny cytat z mojej quasi-recenzji: muzyka. Skomponował ją Garry Schyman, jeśli nic wam nie mówi to nazwisko, to wypada mi powiedzieć tylko: "Bioshock". Dzięki niemu mamy bardzo dobrą, wręcz celującą, muzykę symfoniczną (soundtrack Retribution tak bardzo mi się spodobał, że czasem go słucham na youtube, nie dziwcie mi się, to kawał świetnej muzyki). Utwory w większości są mroczne, niekiedy smutne, ale także i dynamiczne. W pamięć zapadł mi motyw przewodni, który tak jak w filmach z serii Indiana Jones pojawia się w każdym songu "pobocznym". Soundtrack nie tylko "jest sobie w tle", ale dodaje klimatu/ mroku, a niekiedy buduje napięcie (nie będę tu przytaczał żadnego fragmentu, bo nie mam talentu do opisu takich sytuacji) i dodaje pewnej tajemniczości.
Bury Our Dead (Main Theme Alternate)
Rotterdam
Luxembourg


Rochard (PC)
Kompozytorem muzyki jest klawiszowiec Poets of the Fall - Markus "Captain" Kaarlonen.
Poets of the Fall - "Grinder's Blues"
The Fight (a to mi pierwszego Mass Effecta przypomniało)
Arizona Bossa Nova


Sacred (PC)
Sacred muzykę miał... "taką se"... podczas walk ten sam motyw, w każdych podziemiach ten sam motyw... yyy... dobra... nie ważne, bo jednak coś tam wpadło mi w tą tzw... pamięć...
Welcome Home
Dungeon 1
Dragon's Flight


Sonic Heroes (PC, PS2)
Rail Canyon
Bullet Station
Team Dark Theme... This Machine
Boss Egg Albatross


Soul Reaver II (PC)
Sarafan Combat
Light Forge Combat
Dark Forge Combat


Spiral Knights (PC)
As the Clock Tick
The Gears Keep Turning
Encounter Clockwise
Lucky Knight
Around the Clock Workshop
Krogmo's Got a Short Fuse
Buzzkill (to można usłyszeć w DLC "Operation Crimson Hammer")


Splinter Cell: Pandora Tomorrow (PC, PS2)
Kundang Village (polecam posłuchać od czwartej minuty)


Splinter Cell: Chaos Theory (PC)
The Lighthouse
El Cargo


Splinter Cell: Double Agent (PS2)
Są dwie wersje gry. Jedna powstała na PC, X360 i PS3; Druga na PS2, Wii i pierwszego X-pudło. Różnią się gameplayem i trochę innym poprowadzeniem fabuły. Soundtrack jest za to w obu wersjach (w większości) ten sam.
Iceland
Okhotsk Fight
Kinshasa Fight
New York (to tylko w wersji na PS2)


Syphon Filter: Dark Mirror (PSP)
Przy muzyce z tej gry maczał palce Mark Snow ("The X-Files", "Smallville")
Gabe's Theme
Dark Mirror (Action)
Kreisler's Garden (Action)
Traitor in Our Midst (Action)
Matter's End (Action)


Team Fortress 2 (PC)
Tym razem Valve udało się "ruszyć mnie" za pierwszym razem. TF2 to sieciówka, więc muzykę dano tylko do menu głównego. Podczas każdego uruchomienia gry, mamy inny track. OST wpasowuje się w niepoważny klimat gry
Team Fortress 2
Rocket Jump Waltz
Faster Than Speeding Bullet
Drunken Pipe Bomb


Tony Hawk's Underground 2 (PC)
W tyle gier z nazwiskiem Tony'ego grałem, a pamiętam zaledwie tą ;) (ostatnia w jaką grałem, więc...)
Disturbed - "Liberate"
3 Inches of Blood - "Deadly Sinners"
Faith No More - "Midlife Crisis"


Torchlight (PC)
Kompozytorem muzyki jest Matt Uelmen, czyli ten ktoś od muzyki z Diablo 1 i 2, więc nie dziwić się, czemu takie podobieństwo.
Town
Mines
Cavern
Palace


Trine (PC)
Szczerze mówiąc bardziej przypadła mi do gustu muzyka z drugiej części, ale i tutaj znalazło się coś ciekawego.
Main Theme
Astral Academy
Dragon Graveyard


Trine 2 (PC)
Main Theme
Mudwater Dale
Waltz of the Temple Forest Elves
The Lost Court of Mushroom Caves
Snake, oh its a Snake!


World of Goo (PC)
Najbardziej znana gra indie. Grę stworzył Kyle Gabler (w większości), w tym także i udźwiękowienie. Bądźmy mu za to wdzięczni :)
Tumbler
Regurgitation Pumping Station (to mój ulubiony track z tej gry)
Burning Man
Jelly


BONUSY !!



20 lipca 2014

Wyjazd

Smak kebabu na dobry początek


zUo, powiadam wam kolejne zUo (powinno się raczej pisać, zło, ale cóż...) stało się w moim życiu. Mojej rodzicielce jakiś czas wcześniej zachciało się pojechać nad morze po sezonie letnim (ma to swoje dobre strony - mało człowieków)... idealną kwaterę znalazła w mieścinie Niechorze, a dokładniej to w tamtejszej latarni morskiej (z której chyba zrobili hotel...)

Jeszcze przed wyjazdem zmuszono mnie łagodnie ("rusz dupę") do spakowania manatków. Tak więc spakowałem parę skarpet, dwie pary bielizny, jakiegoś t-shirta z obrazoburczym napisem ("Three Days Grace"). Pomyślałem, że to powinno starczyć. Niestety poszło nie po mojej myśli... osoba starsza (rodzicielka) powiedziała, że nie jedziemy na weekend, tylko na tydzień.

O_O

Musiałem dopakować jeszcze trochę ubrań, a wiedząc, że będę się nudził wziąłem ze sobą jakąś mało istotną książkę (której ekranizacją zajął się Martin Scorsese), zeszyt z moimi rysunkami, piórnik (z m.in. długopisem i ołówkiem) i jeszcze parę rzeczy codziennego użytku (aparat cyfrowy, komórka, ładowarka komórki, ładowarka na baterię do aparatu cyfrowego, aparat cyfrowy... yyy... powtarzam się). "To wszystko", myślę sobie, a tu jeszcze do jednej rzeczy - oprócz wyjazdu - zostałem zmuszony ;(
Konkretniej to do wzięcia laptopa... zapierałem się, żeby został na wsi, a nie będę biedaka ciągnął przez całą szerokość, czy długość kraju... niestety moja mama była nieugięta (wycelowała w moją głowę obrzynem) i chcąc, nie chcąc, spakowałem go... jeszcze wziąłem pendrive ze sterownikiem WLAN (aby potem mieć neta) i gamepad, aby sobie pograć... jakby co...

W Dzień Sądu Przedostatniego, czy też D-Day (środa 09.09.10) około godziny 20:00 wyruszyłem z mamą i siostrą na skrzyżowanie, gdzie jest przystanek autobusowy... padało wtedy jak z cebra... albo nie padało, było sucho... nie, zaraz... było sucho, ale padało... albo wyschło, bo już nie padało... no nie ważne... taszczyłem ze sobą swoje rzeczy, laptopa, ubrania i to co tam wcześniej wymieniłem. Siostra taszczyła ubrania, a mama co taszczyła, to za cholerę nie pamiętam. Marzyło mi się, żeby iść na przystanek bez laptopa, bez torby z ubraniami, a w ogóle, to żebym został w domu... nie lubię opuszczać mojego domu... nie żebym był jakoś specjalnie związany z tym miejscem, ale nie dopiłem herbaty...

Stojąc na przystanku i czekając na autobus biłem się z myślami... niestety myśli zbyt mocno mi przywaliły prawym sierpowym... gdy pojedynek już się skończył, pod przystanek Zawiść Skrzyżowanie podjechał autobus linii 29... wtedy nadeszło to, czego nie chciałem... wsiadłem.
Podczas jazdy autobusem siedziałem do tyłu, a warto powiedzieć, że mój żołądek czasem słabuje, a po jakichś dwudziestu minutach cham postanowił posłabować. Pomogła jedynie zmiana miejsca. Po godzinie podróży znaleźliśmy się w Katowicach, gdzie jest brudno, gdzie śmierdzi, gdzie biegają dziki po osiedlach, gdzie wszyscy mieszkają w familokach i myją się w misie na środku pokoju, gdzie panie pod latarniami są brzydkie, gdzie jest największy procent kradzieży... tak, to nasza duma xD

Do odjazdu pociągu pozostała jakaś godzina, więc postanowiliśmy pójść coś zjeść do McDonalda... niestety kolejki do kas były tak długieeeeeeeeeeee, że postanowiliśmy rozdzielić się do trzech z nich i kupić coś, co chcieliśmy. Mama z siostrą zdążyły sobie kupić po sałatce, a ja nie zdążyłem, bo było już późno i qrde nie zakupiłem sobie czisburgera... w sumie dobrze, bo gdy okazało się która to już godzina, musieliśmy lecieć z językami na brodzie, a po zjedzeniu i biegnięciu, zwróciłby się...

Jakimś cudem (czy też może za pomocą nóg) udało nam się znaleźć w wagonie noclegowym, w którym mieliśmy być... pierwszy raz jechałem w noclegowym i powiem wam... NIGDY nim nie jedźcie !! Tam jest ciaśniej niż w wagonach dla siedzących !! Człowiek na człowieku normalnie (przynajmniej w innych przedziałach, bo ja swój zamknąłem łańcuszkiem, mimo tego, że ten łańcuszek był urwany xD), widzicie, jak to PKP o nas dba...? No właśnie, nie dba.
Pociąg ruszył około godziny 21:30. Okazało się, że w Szczecinie będziemy około piątej rano "Buuuuu ;(" rozpłakałem się, "co się stało? zapytała mnie rodzicielka, "omijają mnie kolejne odcinki Suite Life i Ja w kapeli ;(". Oczywiście żartowałem. Tak naprawdę to płakałem, bo sister na duży palec mi nadepła.
Niespecjalnie chciało mi się spać, więc wziąłem się za czytanie książki... nie bardzo mi podchodziła... za dużo gadania o "wsadzaniu w coś" (cytat), nie dziwię się, że Scorsese chciał ją nakręcić (chociaż zakończenie książki naprawdę zaskakujące)... już wkrótce pewnie poleci w jakimś TVP z czerwonym znaczkiem.

Po jakichś dwóch godzinach czytania naszła mnie taka pewna "Matriksoza"... wiecie, widok rozmyty i spowolniony... to nie nietrzeźwość, a senność, co często mi się myli. Mimo wszystko nie wyspałem się przez hałas i ciągle zapalone światło, dlategoż tylko trochę się zdrzemnąłem. Ocknięty przed piątą pomyślałem, że "już za chwilę pociąg powinien stanąć", po czym sam wstałem z madejowego łoża(*). Poczułem odzew w szyji i kręgosłupiea. Poruszałem się więc podobnie do zombiaków z Gothica. Mamie i siostrze podróż też wyszła na zdrowie. Rodzicielka poruszała się jak Strider z Half Life'a 2, a sister jak nabuzowany Kaczor Donald, a zresztą ona często tak chodzi (głównie po ciężkim dniu, czyli codziennie)

Udało nam się szczęśliwie wyjść w Szczecinie przed godziną szóstą, jednak nasz PKS do Niechorza miał przyjechać o siódmej. Poszliśmy sobie do jakiegoś dworcowego baru na kawę, a jak się okazało, ten był jeszcze zamknięty i musieliśmy poczekać do otwarcia. Stojąc i nic nie robiąc, nie uszło mojej uwadze, że cały czas wpatruje się we mnie jakiś tutejszy fan napojów wyskokowych. Jego spojrzenie bardzo mnie irytowało. Pewnie zastanawiał się czy jestem dziewczyną, czy facetem.

Gdy w końcu otwarli ten bar, pierwszy wbiłem jak najszybciej do środka i zająłem dogodne miejsce. Zamówiłem sobie Capuccino, a kobity herbaty. Podczas delektowania się płynami, mama wypaliła: "Ciekawe czemu to miasto nazywa się Niechorzów(**)". Moja siostra ją poprawiła: "Niechorze, mamo..." teraz chwila śmiechu, po której powiedziałem: "Przynajmniej nie nazywa się Niezdrowie". Żart był marny, ale zawsze jakiś.

O siódmej wsiedliśmy do PKSa. Podróż nim miała trwać dwie godziny. Jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy. Za oknem mało ciekawych rzeczy, w autobusie jedna fajna laska siedziała, a tak reszta same brzydkie twarze. Pół godziny przed dotarciem na miejsce sister zapewniła nam pierwszą atrakcję, puszczając pawia do reklamówki...

JUPIKAJEJ MADERFAKER !! Dotarliśmy... Siostra poszła poszukać kosza, by wyrzucić reklamówkę, a ja padłem na ziemię całując ją i kłaniając się jak do modlitwy muzułmańskiej... niestety kręgosłup o sobie przypomniał... i kolejne kroki znowu stawiałem jak zombie... przynajmniej nasze męki nie musiały długo trwać, gdyż latarnia morska, gdzie mieści się nasz hotel była niedaleko przystanku.


Znaleźliśmy się wewnątrz... po pierwszych oględzinach i upewnieniu się gdzie co jest, zapytaliśmy się o internet... nie ma... wiedziałem, żeby zostawić laptopa w domu. Zakląłem siarczyście tak, że podobno moje bluzgi było słychać w oddalonym o 30km Kołobrzegu... "nie szkodzi... w takim razie sobie pograsz" rzekła rodzicielka.
Siostra zaczęła badać TV. Jak wcześniej zapewniała nas mama, "na pewno mają tam telewizję cyfrową, gdyż teraz praktycznie w każdym pensjonacie jest taka"... co się okazało? Była tylko telewizja naziemna (w tym momencie moja siostra bluzgała, bo uświadomiła sobie, że ominą ją kolejne odcinki Fineasza i Ferba).

Mam takie dziwne zboczenie, więc musiałem zbadać jak prezentuje się WC. Najgorzej nie było, ale bywało lepiej... po oględzinach, zacząłem obserwować widok za oknem z mojego pokoju. Morze ładnie się prezentowało. Z szacunkiem przyznałem (w myślach) hotelowi dwie gwiazdki.

Jakieś 15 minut później mama zauważyła, że nie ma nic do jedzenia. Wtedy obudził się we mnie instynkt przodków, którzy zdobywali pożywienie. Odpowiadam więc rodzicowi: "to idź i kup coś" xD
Niestety mój jakże oryginalny wyskok się nie udał... dlatego złe rzeczy się potem działy. Zło kryło się w pierwszym wyjściu na plażę, a potem także i w wypadzie na miasto (po kupno dóbr)...

Na plaży... na plaży gÓpio jest (***)... bez kebaba pod ręką

Jako typowy ślązak (myjący się w małej misie na środku pokoju i chodzący po mieście z nożem do krojenia smogu) widok morza kończącego się za horyzontem nie zrobił na mnie wrażenia... już kiedyś byłem nad morzem, w ramach tzw "zielonej szkoły", więc już je widziałem, dlategóż jego widok mnie nie zaskoczył... zresztą mnie nic nie zaskakuje... no może jedynie moje podwórko, które każdego dnia wygląda inaczej... chyba przez to stężenie różnych czynników chemicznych w glebie...

Chcąc sprawdzić czy Bałtyk rzeczywiście jest mokry (****) podszedłem bliżej niego i... odskoczyłem do tyłu jak kopnięty prądem... nie dość, że jest mokry, to jeszcze zimny !! Wkurzyłem się na morze, pokazałem mu język (czy jak twierdzi mama zakląłem i pokazałem mu środkowy palec) i oddaliłem się od niego...

Plaża mnie wkurzała... no niby wszystko fajnie i ogólnie cool, ale dlaczego, qrde, musi być na niej tyle piachu? Idąc dalej - i patrząc jak matka z sister szukają bursztynów, muszelek oraz innych jakichś oryginalnych kamieni - z każdym krokiem miałem coraz więcej piachu w różnych zakamarach butów. Sięgnąłem pamięcią wstecz, do czasów zielonej szkoły i do tego, że po każdym dniu spędzonym na plaży musiałem prać skarpety i wytrzepywać buty... doprowadzało mnie to do szewskiej pasji...

Gdy kobity nie znalazły bursztynów, stwierdziły, że czas pójść na miasto... wrażenia? Bo ja wiem? Charakterystycznie budowane domy bardziej pasują do gór xD

Im bliżej rynku, tym ciekawiej. Budka z kebabem, budka z kebabem, budka z kebabem i kolejna budka z kebabem. Szkoda, że wiele z nich było zamkniętych (w końcu już po sezonie). Idąc dalej znaleźliśmy pizzerię (wkurzałem rodzicielkę, zdaniem "zjadłbym pizzę" wypowiadanym co godzinę)... więc postanowiliśmy wstąpić.

W końcu matka pozwoliła nam wrócić do naszego... hm... "hotelu". Uuuuuuuufffffffffffffff... pierwsze co zrobiłem to pójście do łazienki, by oczyścić buty z piachu. Gdy oderwały się od moich stóp, poczułem ostry zapach, który normalnego człowieka dawno by już zabił (ja się uodporniłem :P).

Niechcąc by szefostwo hotelu miało straty w liczbie personelu, zamknąłem za sobą drzwi. Wtedy to dopiero mogłem wysypywać piach z butów. Gdy już wysypałem pół plaży i uprałem skarpety, postanowiłem wziąć prysznic. Dawno tego nie robiłem... z jakieś siedem lat... znaczy myję się, ale w wannie... chodzi mi oto, że dawno nie myłem się pod prysznicem, bo go nie mam...

Bitwa o kebab

Ponieważ miałem lekkie uczucie jakbym nadal podróżował pociągiem (mimo tego, że stałem, czułem dziwne bujanie), padłem na łóżko... ocknąłem się dopiero wtedy, gdy przede mną stanął upragniony hamburger i frytki... niestety nie z McDonalda, tylko z jakiejś pobliskiej budki, ale w sumie też mogło być... chyba mogę powiedzieć, że zwykle, gdy gdzieś jedziemy to pozwalamy sobie na tony fast foodów?

Któregoś dnia mamie zachciało się pójść piechotą do Trzęsacza (jakieś 8km od Niechorza), który słynie z tego, że mają tam kawałek muru pozostały po kościele stojącym na klifie... (co za łepki... kościół na klifie budować). Pogoda zapowiadała się, co najmniej obiecująco... cały czas padało.

Idąc przez jakieś pola, lasy & łąki (cały czas chodnikiem) do tego Trzęsacza (czy jak moja matka rzekła: "Trzęsawka") nagle wdepnąłem w kałużę. Przeszył mnie dreszcz, dostałem szoku termicznego, upadłem na ziemię i zacząłem się pienić... żart... mój but miał dziurę, bo woda weszła tam, gdzie nie powinna (jak nie piasek, to woda :/). Szliśmy dalej... trafiliśmy do miasta Rewal i chwilę później, lekko wkurzeni i coraz bardziej mokrzy, znaleźliśmy przystanek PKSu. Autobus jechał prosto do Trzęsacza. Nikt nie wiedział jak daleko jeszcze. Iść dalej już się nam nie chciało, to "w takim razie poczekamy na autobus", rzucił mój rodzic i - zapewne nie zgadniecie - czekaliśmy. Z lekkim spóźnieniem bus przyjechał i weszliśmy do środka... ale tam było ciepło :). Przejechaliśmy minutę i pan kierowca powiedział, że jesteśmy na miejscu.

O_O

Metodą prób i błędów dotarliśmy przed słynną ścianę. Co ja wam tutaj będę o tym gadał, jak każdy - zapewne - nieraz widział byle jaki mur :) Co było dalej... oglądając pamiątki i inne pierdoły (figurki z Ben 10 xD) stwierdziliśmy z siostrą, że jesteśmy głodni i że z chęcią zjedlibyśmy kebaba... po drodze była nawet jakaś restauracja oferująca to danie... wracając, chcieliśmy tam wstąpić i co dziwne - wstąpiliśmy.

Wchodząc przywitała nas ropuszym uśmiechem stara ekspedientka, co to pewnie nie jednego frajera już zrobiła w balona... weszliśmy i mówimy, że chcemy kebaba. Baba znowu uśmiecha się od ucha do ucha i mówi, że nie ma i nigdy nie było... "yyy jak to? Pisze, że oferujecie kebaby" mówi mama, "To chwyt marketingowy. Mamy za to..." i tu wymienia co jest do zjedzenia... zapewne mogłyby być i dobre te dania, ale my się uparliśmy na kebab... a z tym chwytem marketingowym to nas babsko naprawdę zirytowało. Wyszliśmy w gniewie rąbiąc drzwiami i złorzecząc... chciałem powiedzieć coś do siostry, ale ta znikła mi z oczu... była dość mocno wkurzona... szła tym swoim chodem Kaczora Donalda... dodatkowo poruszała się ze znacznym przyśpieszeniem... zamiast 2km/h, szła 10km/h.

Jeśli do cudów zaliczacie przemianę wina w krew, to do cudów zaliczycie też to, że udało nam się wrócić pieszo do latarni. Musiałem zmienić ubrania, łącznie z majtami, które nosiłem już od tygodnia... "co za marnotrawstwo" mówiłem do siebie... przebrany, zmęczony, klapnąłem na łóżko i zasnąłem... obudził mnie kebab, który zdobyła moja mama... I low ju mamo... i nawet sister przestała chodzić jak Donald.

Wszystkie psy idą po kebab

Mogę powiedzieć, że to nie był pierwszy kebab podczas tego wyjazdu, a raz gdy sprawdzaliśmy menu w jakiejś budce (o dziwo były też inne "dania" niż tylko kebab), mama przeczytała: "drobiowy i z kurczaka", wtedy odezwał się sprzedawca: "z karczku, proszę pani". Jak wiadomo drób i kurczak to jest to samo :). Tyle na ten temat, przecież nie będę pisał jak zjadłem tego kebaba... więc wziąłem widelec i zacząłem nadziewać na niego...

Oprócz rozrywek typowo gastronomicznych były też inne...
Wracaliśmy sobie z miasta, gdy przypałętał się do nas pies. Wszystko było by cacy, gdyby nie to, że ten idiota (pies) rzucał się na auta i rowery, a że kręcił się obok nas, to ci rowerzyści się na nas wydzierali, czemu pozwalamy psu na takie ekscesy. Można to określić zirytowaniem się, bo kopnąłem kundla w dupsko. Następne piętnaście minut spędziłem na drzewie. Nauka latania przydała się... a kiedy pies se poszedł, to także i spadania.
Kolejną z atrakcji jest wejście na sam szczyt latarni. Oczywiście nigdzie nie wchodziłem z powodu mojej akrofobii, więc posłałem siostrę, aby porobiła parę zdjęć. Niestety przyszła po chwili i powiedziała, że cyfrówka się spieprzyła. Pieprznąłem ją w ucho za takie słownictwo. Jednak siostra miała rację, aparat się zepsuł... mimo naładowanych baterii pokazuje, że są słabe :(
Do robienia zdjęć musiały nam wystarczyć telefony komórkowe...

Któregoś dnia trafiliśmy na kiermasz taniej książki. Rzuciłem się na półki w poszukiwaniu czegoś od Pilipiuka... jednak półki nie wytrzymały zderzenia ze mną... mimo wszystko, gdy upewniłem się, że Pilipiuka nie ma, to zacząłem głośno marudzić, ale przechodząc pięćdziesiąty raz dostrzegłem "Czarownika Iwanowa". Widać ktoś musiał usłyszeć moje marudzenie... czasem się przydaje xD
Szkoda tylko, że mama nie chciała kupić mojej siostrze "Kamasutry", a mnie "Sekskretów masażu erotycznego".

Dwa dni później wkurzyłem się trochę... przeczytałem "Wyspę Tajemnic", "Czarownika...", a nawet to co sobie mama kupiła, czyli "Zmrok" (chamska parodia "zmierzchu"). Rysowanie odpadało, bo na wyjazdach nie mam weny i wtedy tylko rysuję gołe cycki

(. Y .)

Włączam więc sobie laptopa... o AVG (antywirus) pokazuje, że nie może się zaktualizować, alerty Windowsa pokazują, że AVG jest nieaktualny itd itd
Piaski czasu... przeszedłem 20 razy
Dusza wojownika... przeszedłem 25 razy
Psychonauts... przeszedłem 6 razy... przeszedłem siódmy xD
Pograłem w Devil May Cry 4, a dokładnie w tryb "krwawy pałac", ale szybko mi się znudziło :/
Gry na steamie odpadają, bo neta brak... widzę Gothica 2... na film też nie mam weny, bo by był o seksie. Pozostał emulator GameBoya. Szukałem jakiejś gry, której jeszcze nie przeszedłem. Znalazłem. A mogę powiedzieć, że obcykałem ją dopiero od A do D... ech Pokemony Gold xD

Niestety więcej nic nie mogę napisać, bo mi się nie chce... nic więcej się ciekawego nie działo, no może jeszcze była sytuacja, że dostałem miotłą po głowie od sąsiadki za to, że śpiewałem pod prysznicem satanistyczne utwory... a to było tylko "Smoke on the Water"...
A zapomniałbym... pamiątki z Niechorza, jakie sobie sprawiłem, to miniatura latarni, scyzoryk (chciałem prawdziwe Kukri... nawet było) oraz sowę zrobioną z muszli :)


(*) średniowieczne narzędzie tortur
(**) oczywiście moja rodzicielka pomyliła się... chciała powiedzieć "Niechorze", pomyślała "Chorzów" (miasto na Śląsku) i pomieszało się xD
(***) podczas pobytu na zielonej szkole kazano śpiewać nam "Na plaży", czy jak to sie tam nazywało... w każdym bądź razie po jakimś czasie zaczęło nas to wkurzać i "lekko" zmieniliśmy tekst tego utworu...
(****) na zielonej szkole nie pozwalano nam się zbliżać do wody... a zawsze chciałem się wykąpać w morzu. Podczas pobytu w Niechorzu, też nie szło się wykąpać. Z tą zimną wodą to nie był żart.


Kwiecień 2014
Przeczytałem ten tekst po kilku latach. Własnym oczom nie wierzę, że tak pokręcone rzeczy potrafiłem napisać. I jeszcze ten chaos wylewający się z każdego zdania.